środa, 20 listopada 2013

Aż do krwi






Przede wszystkim zaś godna podziwu i trwałej pamięci była matka. Przyglądała się ona w ciągu jednego dnia śmierci siedmiu synów i zniosła to mężnie. Nadzieję bowiem pokładała w Panu. Pełna szlachetnych myśli, zagrzewając swoje kobiece usposobienie męską odwagą, każdego z nich upominała w ojczystym języku. (2 Mch 7, 20-21)

Za każdym razem kiedy czytam ten fragment Księgi Machabejskiej przechodzi mnie dreszcz. W świecie, w którym wszystko musi łatwe, przyjemne i najlepiej „na już”, takie zachowania mogą budzić jedynie politowanie. I jasne – macie prawo sądzić, że przecież mogli dla „świętego spokoju” (o którym pisałem ostatnio) zjeść ten głupi kawałek mięsa, zamiast dać się posiekać. Ja jednak myślę, że jak zwykle w Słowie Bożym chodzi o coś większego niż ta nieszczęsna wieprzowina.

Dla Izraelitów Prawo było najważniejsze, gdyż było ono ustanowione przez samego Boga. Z tego też powodu trudno dziwić się faryzeuszom, którzy jako „oddzieleni” od reszty ludu tak mocno przestrzegali chcieli go przestrzegać – żeby przypadkiem nie urazić samego Boga. I skonfrontujmy to teraz z naszą wrażliwością na grzech (a pierwszą osobą dla której to piszę jestem ja sam). Czy nie dominuje w nas obojętność i lekceważenie grzechu? Ile razy sobie mówiliśmy: „Pan Bóg się nie obrazi jak zrobię to i tamto”? Tymczasem dziś widzimy jak wierni Izraela dają się zabić, byle tylko nie przekroczyć Prawa! Kogo z nas stać na coś takiego?

Grzech stał się dla niejednego z nas czymś śmiesznym, groteskowym – po prostu takim kościelnym gadaniem. Bo Kościół taki nieżyciowy, bo świat funkcjonuje inaczej, bo trzeba walczyć o swoje wszystkimi dostępnymi środkami – nawet, jeśli nie mają one nic wspólnego z jakąś ogólnie przyjętą moralnością. Można więc kłamać, kraść, zabijać (i dosłownie i metaforycznie) – bo przecież „inaczej nie można”. Cel uświęca środki.

Myślę sobie, że bliscy jesteśmy adresatom Listu do Hebrajczyków, gdzie padają słowa: Jeszcze nie opieraliście się aż do przelewu krwi, walcząc przeciw grzechowi. (Hbr 12, 4) Myślę też, że świadomość że prawie wszystko zależy od Boga i Jego łaski jest dla nas bezpiecznym wyłomem żeby popadać w przeciętność. Bo wiele naszych złych postaw, grzechów i zniewoleń ciągle w nas jest bo jesteśmy zwyczajnymi leniami, bo nie ma w nas woli walki i motywacji. Kto z nas może powiedzieć, że opierał się grzechowi aż do przelewu krwi? Czy dałbyś się pokroić, byleby nie zgrzeszyć? Ja sam na oba te pytania muszę niestety udzielić negatywnej odpowiedzi.

Jest jeszcze jedna rzecz, która napawa mnie optymizmem w tym Słowie. Wiara Izraela za panowania Antiocha była w odwrocie. Wielu wyznawców Jahwe ugięło się pod jego rozkazami i chcąc chronić swoje życie uległo łamiąc Prawo i odstąpiło od Pana. Znaleźli się jednak Ci, którzy się sprzeciwili. I to właśnie oni zostali zapamiętani jako bohaterowie.

Dużo się dziś mówi o tym wstrętnym „współczesnym świecie” (choć to chyba kwestia spojrzenia i widzenia Bożych darów, których w nim co niemiara). Może i wokół Ciebie panuje niewola grzechu. Może wszyscy wokół Ciebie porzucili Prawo i uznają grzech za śmieszną gadaninę. Zaufaj Panu i miej Jego Prawo w swoim sercu – na pewno nie zostaniesz zapomniany przez Niego, bo On będzie Cię strzegł jak źrenicy oka (Ps 17).

Dziś jest być może dobry dzień by zrewidować naszą wolę walki, motywację, duchowe lenistwo. Czy naprawdę jest w nas pragnienie bycia z Bogiem, czy jesteśmy tylko marnymi pozorantami. Trzeba mieć odwagę by stanąć w prawdzie przed sobą, ale Bóg ma moc nas przemienić. Są momenty (a mówię z własnego doświadczenia), kiedy wiara przestaje być sielanką i przyjemnością, a staje się polem ciągłej walki ze sobą i ciężką robotą. Ale kto wytrwa do końca ten będzie zbawiony. (Mt 10,22 )

Gotowy do walki?


czwartek, 24 października 2013

Ogień Ducha i św. Spokój


pozar-trawy-ogien

Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął. (Łk 12, 49)

Wynieśliśmy na ołtarze nowego świętego, który współcześnie jest czczony zarówno przez katolików, jak i ludzi nie związanych w żaden sposób z Kościołem. Nazywa się on św. Spokój. Jego kult obserwujemy na różnych płaszczyznach, szczególnie w zwykłych kontaktach z naszymi najbliższymi, z ludźmi, których kochamy (na swój własny, ludzki sposób). Myślę sobie, patrząc na siebie w przeszłości, ale też na historie innych ludzi, że wiele zupełnie bezsensownych konfliktów mogłoby być zduszonych w zarodku, gdyby mówić to, co NAPRAWDĘ leży nam na sercu. Wiele rzeczy nam przeszkadza, ale zamiast przyznać się, że jest coś nie tak wolimy je w sobie zakopać. A to powoduje nieraz głębokie, niezaleczone (bo nigdy nie wpowiedziane) rany.

Nie zrozumcie mnie źle – nie chodzi mi o to, że mamy teraz wszystkim rzucić w twarz co o nich myslimy. Jest tylko (lub aż) jeden podstawowy warunek. Miłość. I znowu – wiele naszych waśni, które być może ciągną się za nami latami i które do dziś nie zostały rozwiązane, mogłyby zostać załatwione zupełnie inaczej. A to dlatego, że zabrakło miłości, a zatriumfował egoizm, chęć wyżycia się na kimś, pokazania swojej wyższości. „Bo ja wiem lepiej.” Najlepszym nauczycielem w tym względzie jest sam Jezus – wiedział kiedy, do kogo i jak mówić. Potrafił zagrzmieć i zwyzywać obłudnych faryzeuszów. Potrafił też z miłością przemówić do tych, którzy zmagają się ze sobą i są świadomi swojej grzeszności. W obu tych przypadkach potrafił mówić z miłością i troską – bo miłość to nie tylko ciepłe słowa, ale też konkretne wymagania.

Dobrze wiemy, że Jezus jest zapowiadanym Księciem pokoju (Iz 9, 5). I dzisiejszy fragment Ewangelii wcale temu nie przeczy. Jezus przyszedł przynieść pokój, ale nie taki, jakiego my byśmy oczekiwali – że nagle nastanie Królestwo Boże na ziemi i wszyscy staną się katolikami. On przychodzi rzucić ogień Ducha Świętego! Nie po to, żeby były konflikty w rodzinach, żebyśmy nagle mieli ochotę się wszyscy pozabijać.  Duch Święty jest Duchem pokoju, ale nie „świętego spokoju”, jak my go pojmujemy. On jest też „światłością sumień” i będzie nas „męczył” tak długo, aż w końcu nam się wszystko poukłada w sercu tak, jak należy.

Nie chodzi jednak tylko o konflikty z innymi ludźmi. O wiele większe konflikty sami fundujemy sobie w naszych sercach, bo niby wiemy co jest dobre i jak powinniśmy postępować, ale wybieramy inaczej. Dlaczego? Bo mamy konflikt w naszym „domu” serca, gdzie panuje chaos wewnętrzny i gdzie być może już dawno zagłuszyliśmy głos Ducha Świętego. Przecież żadne miasto ani dom, wewnętrznie skłócony, się nie ostoi (Mt 12, 25).  Po to jest On nam dany, by spalił w nas ten cały chwast, który hodujemy na własne życzenie. A to czasami musi się dokonać w bólu, tylko trzeba pozwolić Mu się dotknąć.

Miarą wszystkiego jest miłość. Bóg nie pragnie, abyśmy byli skłóceni – zarówno z innymi, jak i wewnętrznie. On chce, byśmy mieli życie w obfitości - a więc w prawdzie.


sobota, 31 sierpnia 2013

Zacząć żyć naprawdę





Czytając tyrady Jezusa na faryzeuszów z ostatnich czytań liturgicznych można się przerazić lub przynajmniej zdziwić. Choć nieraz Jezusa przedstawia się nam jako takiego pluszowego misia-przytulankę, który wszystkim błogosławi, przytula i dobrze czyni, tu pokazuje się nam z innej strony. Obłudnicy, przewodnicy ślepi, groby pobielane, mordercy – Biada! Czytając te kilka określeń z myślą o zastosowaniu ich do siebie (wszak o to chodzi w czytaniu Słowa Bożego by odnaleźć tam siebie i swoje postawy) przechodzi mnie dreszcz. Czy ja naprawdę taki jestem? Mocne to słowa, jednak ciągle jakby z tyłu głowy coś świta, że to nadal jest Dobra Nowina.

Dzisiejsza Ewangelia wprowadziła we mnie pewien niepokój. Pewnie z racji tego, że skupiłem się tylko na ostatnim akapicie przypowieści o talentach (Mt 25, 14-30). Po dłuższym zastanowieniu jednak stwierdziłem, że warto ten lęk przekształcić w „twórczy niepokój” i  zastanowić się co zrobić, żeby usłyszeć od Pana: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!

Życie uczy nas wielu rzeczy i postaw, i dobrych i złych. Z dobrych rzeczy moim wielkim odkryciem jest to, że powinienem mieć wielkie pragnienia. Skoro mam samego Boga za Ojca i skoro On faktycznie posiada te wszystkie przymioty, które mu się przypisuje – mogę bardzo wiele i moje życie nie musi być byle jakie. Moje życie to nie musi być dziadostwo. Skoro Jezus mówi: Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości, to nie są to tanie obietnice, byle się skusić na jakieś „zbawienie” w myśl zasady: Obiecanki cacanki, a głupiemu radość. On chce mi dać prawdziwe Życie-w-Obfitości. Często jest tak, że boimy się prosić o wielkie rzeczy. Wydaje mi się jednak, że skoro Bóg jest naprawdę tak wielkim Bogiem jak pisze o Nim Biblia, On chce nas obdarowywać wielkimi rzeczami. Możemy otrzymać tyle, ile oczekujemy. A jeśli oczekujemy mało – Bóg da nam mało.

Nie chciałbym robić tu wykładów z ekonomii, bo się na tym nie znam. Patrząc jednak na dzisiejszy fragment muszę jednak stwierdzić, że Bóg jest świetnym biznesmenem. Bo że chce żąć tam, gdzie nie posiał, i zbierać tam, gdzie nie rozsypał. I nie chodzi tu wcale o jakieś wchodzenie Pana Boga z buciorami  w naszą rzeczywistość (naszą jak naszą – w końcu to On jest Stwórcą). Jeśli mielibyśmy szukać tu na ziemi jakiegoś celu w życiu to jest on prosty – żyć na chwałę Bożą, a więc w obfitości. Bóg daje nam mnóstwo łask i darów, których często nie dostrzegamy, widząc tylko „szklankę do połowy pustą”. Nie dostrzegamy tego, co mamy a na co niczym sobie nie zasłużyliśmy. Po prostu - jesteśmy Jego dziećmi. A skoro jesteśmy dziećmi Dającego, to naturalnym odruchem powinna być chęć odpowiedzi na tę miłość, którą On ma dla nas.

Św. Ignacy z Loyoli piszę w tzw. Fundamencie Ćwiczeń Duchownych, że Człowiek po to jest stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i Jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją (ĆD, 23). W skrócie mówiąc – by widział dary Boga w swoim życiu, przyjmował je i pragnął odpowiadać. Pewnym następstwem jest zasada „Magis”, która naturalnie nasunęła mi się po refleksji nad tą przypowieścią – byśmy spośród wszystkich (…) rzeczy pragnęli tylko tego i to tylko wybierali, co nas bardziej prowadzi do celi, dla którego zostaliśmy stworzeni. I nie musi to dotyczyć tylko rzeczy związanych ściśle z modlitwą. Wszystko, co stworzył Bóg jest dla nas – ważna jest jednak wolność w korzystaniu z „rzeczy”, by one nas przybliżały do Boga, a nie oddalały od Niego. Bo tylko On jest źródłem szczęścia – nie tylko tego wiecznego, ale także tego doczesnego.

Jezus nawet wtedy, gdy mówi do nas Biada! głosi nam Dobrą Nowinę. Bo nie po to przyszedł na świat by nas dobić, ale by nas uzdrowić. Choć żyjemy w czasach, gdzie środki przeciwbólowe są w praktyce lekarskiej bardziej dostępne niż kiedyś, to niejeden lekarz musi nam zadać ból, by nas wyleczyć. Tak samo Jezus – mówi nam sługo zły i gnuśny po to, by nami wstrząsnąć. Byśmy w końcu zaczęli prawdziwie żyć.

sobota, 24 sierpnia 2013

Proces. Wyrok. Uniewinnienie




Dość długo zbierałem się do nowego wpisu. Z czego to wynikało – wypalenie? brak czasu (lub nadmiar)? brak pomysłów? - właściwie sam tego nie wiem. Nie chciałbym pisać jakiegoś długiego świadectwa rekolekcyjnego – wydaje mi się, że w obliczu tajemnic, które było mi dane rozważać nie należy pisać elaboratów a raczej zamilknąć. Dwa wydarzenia – odbycie III tygodnia rekolekcji ignacjańskich i rozmowa z Rafałem (która kiedyś tam ukaże się na jego blogu) były dla mnie ostatnio kluczowe. Chyba głównie dlatego, że był to kolejny raz kiedy dokonuję swego rodzaju podsumowania, zebrania w kupę swoich doświadczeń, próby ulepienia z nich jednej, ciągłej historii – na zasadzie spięcia życia pewną klamrą. Myślę, że takie retrospekcje są dobre. Nie dlatego, żeby babrać się w przeszłości, patrząc w nią z nostalgią i poczuciem miliona straconych szans. Raczej po to, by spojrzeć na siebie z realizmem i zobaczyć wielkie dzieła Boże, których doświadczyłem. I to w jakich nie raz bólach się dokonywały.

Bóg prowadzi moją historię. Wierzę w to i chcę w to wierzyć. Wierzę, że ani jedno doświadczenie, ani jedno spotkanie z drugim człowiekiem, ani jedno mrugnięcie moich powiek, ani jedna łza, ani jedno słowo wypowiedziane i usłyszane nie było przypadkowe (nawiasem mówiąc - "Przypadek" to najczęstsze imię Ducha Świętego). Wierzę, że to On mnie prowadzi, choć ja nie zawsze chcę współpracować. Wierzę, że to On uczy mnie być mężczyzną, że uczy mnie być odpowiedzialnym za siebie i za innych. Widzę, jak niezbyt pojętny ze mnie uczeń, ale On wie, czego się może po mnie spodziewać i  nadal mnie chce. I to jest piękne.

Ostatnio sporo wpisów dotyczyło krzyża, więc nie chcę się powtarzać. Mogę jedynie dodać, że chyba pierwszy raz w życiu w męce Chrystusa odkryłem nie tylko ubolewanie nad fizycznym i duchowym cierpieniem Jezusa. W końcu zobaczyłem swoją osobistą odpowiedzialność za to wszystko. W końcu doświadczyłem, niemal namacalnie, że Krzyż jest ZWYCIĘSTWEM i że gdyby On tego wszystkiego nie dokonał, moje grzechy by mnie zabiły. Św. Paweł mówi w liście do Rzymian: Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska (Rz 5, 22). I patrząc wstecz na moje życie podpisuję się pod tym zdaniem wszystkimi rękami i nogami.

Mówiłem to już kilku osobom – to, co rozumiałem jako Bożą miłość jeszcze dwa tygodnie temu odwróciło się o 180 stopni. Przez wszystkie moje świństwa z przeszłości, w kontekście tego jak On mnie pięknie stworzył, co mi dał i jak mnie prowadził i robi to nadal – to ja powinienem zawisnąć na krzyżu. Czuję się jak Barabasz, który próbował „zbawić” Izraela na swój sposób i nagle, całkowicie zdezorientowany, zostaje uwolniony na rzecz jakiegoś Jezusa. Proces. Wyrok. Uniewinnienie. Amnestia.

Czym sobie na to zasłużyłem? Niczym. Bóg kocha jeszcze bardziej, niż jestem sobie to w stanie wyobrazić. Dlatego posyła swojego Syna.

Jaka rysuje się przyszłość? Jest usłana różami – bo choć piękna, wiedzie przez kolce. Nie raz się jeszcze poharatam. Gdzie ostatnio nie otworze Pisma Świętego tam widzę: Nie bój się!

Bo nie mam być doskonały. Ja mam być święty.


piątek, 9 sierpnia 2013

Którędy?




Rafał na swoim blogu napisał kiedyś kapitalny post o powołaniu – czytałem go z zapartym tchem. Na kanwie moich ostatnich doświadczeń i rozmów chciałbym powiedzieć coś od siebie. Oczywiście, nie może się obyć bez Słowa Bożego:
Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. (całość: Mt 16,24-27)

Jedna rzecz w związku z chrześcijaństwem jest dla mnie odkrywcza. A mianowicie, że jest ono w wielu miejscach sprzeczne z naturą człowieka. Ktoś się oburzy – jak to? A tak to, że ja dostanę od kogoś w mordę to mam ochotę oddać tym samym (albo i gorzej). Jeśli ktoś mnie skrzywdzi to raczej nie pałam do niego pozytywnymi uczuciami. Popęd seksualny? Kto z nas tego nie zna. Niektórzy seksuolodzy pewnie by powiedzieli, że zdrowiej sobie ulżyć. I można by tak mnożyć. Patrząc z tej strony można by więc dojść do wniosków, że chrześcijanie to jakaś bardzo konserwatywna, społeczność, w której wszystko oparte jest na strachu, że w razie odstępstw grozi nam piekło, wieczny ogień i zgrzytanie zębów.

Tak, szatan istnieje. Piekło również. Ale jeśli jest jakieś prawo, które rządzi chrześcijaństwem, to jest to prawo Miłości przez duże „M”. Kocham w Jezusie to, że nie ściemnia. Świat chciałby wszystkiego na już. Liczy się podaż, popyt, ekonomia, prawo Darwina – silniejszy przetrwa, słabszy odpadnie. Jezus proponuje krzyż, który z PR-owego punktu widzenia jest strzałem w stopę.

Napisałem o powołaniu, więc już wyjaśniam o co mi chodzi. Kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Przecież to jest totalne odwrócenie wszystkiego do góry nogami. I tak jest z każdym powołaniem – z kapłaństwem, z małżeństwem, z życiem „w samotności” (tutaj świetny przykład, że można być szczęśliwym także w taki sposób). Ono jest zawsze „umieraniem” dla siebie, dla swoich wizji. Żadne nie jest łatwe, żadne nie jest sielankowe i usłane fiołkami (raczej różami, bo róże mają kolce). Każde – jeśli jest Boże – jest ciasną bramą. Jest braniem odpowiedzialności za siebie i za innych - to, innymi słowy, jest również oznaką dojrzałości. I jeśli jest Boże, to da prawdziwe szczęście, bo On wie lepiej. Nie na takiej zasadzie, że jesteśmy jakoś zaprogramowani, że jesteśmy marionetkami w rekach Boga niczym laleczka Voodoo. Jemu naprawdę na nas zależy. Na mnie i na Tobie.

Na koniec kapitalna myśl Roberta Friedricha (znajdziecie w internetach):
Co to znaczy akceptowanie krzyża? Ja mam siódemkę dzieci, mam żonę. Jakbym tu teraz powiedział, że moim krzyżem jest być mężem i ojcem, to wielu mogłoby się zgorszyć, ale przecież na krzyżu jest życie. Jeśli małżeństwo jest krzyżem Zmartwychwstałego Chrystusa, to człowiek na tym krzyżu wypoczywa i jest zadowolony, i czuje, że to życie ma sens, i to cierpienie na krzyżu też ma sens. Ale kiedy człowiek nie akceptuje swego krzyża, jest mu bardzo trudno.

Trzeba więc tylko znaleźć swój krzyż, wziąc go na plecy i... w drogę!


P.S. Jutro zaczynam ćwiczenia ignacjańskie, więc dopiero po 18 sierpnia pojawi się na blogu coś nowego. W tym czasie polecam się waszej modlitwie i obiecuję pamiętać o was.

P.P.S. Jak już byście się tak za mnie modlili to nie poskąpcie przysłowiowej „zdrowaśki” za moich dwóch kolegów, którzy w październiku rozpoczynają formacje w seminarium.

środa, 31 lipca 2013

Jestem skałą

(fot. Kinga Biel)


Wracam po małej przerwie, w której jakby nie po drodze było mi nie tyle z Panem Bogiem, co z jakąś głębszą refleksją nad Jego Słowem. Ale On zawsze ma coś konkretnego do powiedzenia.

Parę dni temu wybrałem się na mały, wieczorny spacer. Kalwaria pszowska, niemal w samym lesie, powoli zachodzące już słońce na horyzoncie, w miarę znośna temperatura po całodniowym upale. W głowie kłębki nieposkładanych myśli – poplątanych, czekających jakiegoś uporządkowania. W ręku różaniec, w kieszeni Ewangelia św. Mateusza. Chwila oddechu, tego mi było trzeba.

Otwieram Słowo. A tam:
Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą.
Coś kazało mi to odnieść do siebie.

I od razu jakaś forma wewnętrznego buntu: ja skałą? Przecież jestem taki, siaki, tego nie umiem, z tym sobie nie radzę, to mi nie wychodzi.

Apostoł Piotr. Powoływany przez Jezusa trzy razy. "Egzorcyzmowany" przez Jezusa, gdy próbował Go odciągnąć od Jego misji, która miała się dokonać przez mękę i śmierć. Ten, który najpierw mówi, że pójdzie za Nim nawet na śmierć, a potem się Go zapiera. Pierwszy u grobu Panskiego. Pierwszy głosiciel Ewangelii. Pierwszy Apostoł. Mnóstwo wydarzeń dotyczących tego samego człowieka. Wytrwał.

Żaden z apostołów to nie był jakiś heros ani superbohater. Zwykli ludzie, często proste chłopy, parające się rybołówstwem czy innymi czynnościami fizycznymi. I Słowa Jezusa: Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach, sądząc dwanaście pokoleń Izraela. (Mt 19, 28)

On chce budować swój Kościół na MNIE.

Coraz mocniej irytuje mnie stereotypowe utożsamianie Kościoła z klerem. Nagłówki w mediach: „Kościół w Polsce” to, „skandal w Kościele” itp. najczęściej związane z jakimiś  mniej chlubnymi wydarzeniami z życia któregoś z kapłanów czy biskupów. I o ile często sami księża tworzą pewną barierę między „hierarchią” a „ludem” to czuję, że takie myślenie dla nas, świeckich jest bardzo wygodne – bo możemy zrzucić z siebie odpowiedzialność za Kościół Chrystusowy. Każdy z nas – ja, Ty, papież, sąsiadka z dołu, koleżanka, której nie lubisz, Twój ojciec i matka – tworzymy ten Kościół i jesteśmy za niego odpowiedzialni. Jesteśmy, idąc za św. Pawłem, jego ręką, nogą, okiem itd.

Jestem skałą i jednocześnie słabym człowiekiem. Na mnie Jezus chce budować swój Kościół, którego bramy piekielne nie przemogą. Może poharatają, poniszczą, zepsują zamek, ale nie wejdą. Nie ma bata. Bo On tak powiedział.

Coś Cię gorszy w Kościele? Coś jest dla Ciebie skandaliczne? Może sytuacja z bp. Hoserem i ks. Lemańskim to skandal? Pewnie tak, ale czy nie jest skandalem twój grzech, z którym nie walczysz? Czy to, jak wygląda nasz Kościół, jakich mamy księży, jakie mamy małżeństwa – czy to nie przez to, że za mało się modlisz? Bo ja na pewno wciąż modlę się za mało.

Jezus zapytał ich: "A wy za kogo Mnie uważacie?"  Odpowiedział Szymon Piotr: "Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego".  Na to Jezus mu rzekł: "Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie.

Nie jesteśmy herosami, ale mamy w sobie Ducha Świętego. To jest nasz oręż – bez Jego pomocy nic dobrego nie możemy zrobić. Dzięki Niemu wierzymy –pomimo tego, że wiara jest skarbem danym nam w naczyniach glinianych. (2 Kor 4, 7) I jak bardzo byśmy się nie czuli słabi, On zawsze przychodzi z pomocą naszej słabości wtedy, Go o to prosimy.



wtorek, 23 lipca 2013

Wytrwajcie


(fot. Kinga Biel)


Dzisiaj krótko. Parę dni temu wróciłem z rekolekcji – dość osobliwych, bo z dotąd jeżdżąc z grupą znajomych i znajomym księdzem, traktowałem ten czas bardziej rekreacyjnie. Tym razem było inaczej – poza rozkoszowaniem się widokami Tatr było sporo przemyśleń, refleksji, Słowa Bożego danego mi nie tak, jakbym się spodziewał (ale On lubi zaskakiwać, więc nic w tym dziwnego). 

Msza Święta, różaniec, koronka do Bożego miłosierdzia, anioł Pański. Wiele z nich na szlaku, w drodze. Przez taką wędrowną modlitwę łażenie po górach miało dla mnie jakiś tajemniczy, wręcz mistyczny wydźwięk. I budowanie się widokiem innych, którzy z różańcem w ręku wspinają się wraz ze mną.

Poznałem wielu wspaniałych, wartościowych ludzi. Niektórych znałem wcześniej, ale jakoś nie było okazji dłużej pogadać. Rozmowy na szlaku, nad rzeką, przy wieczornej kawie – często do późnych godzin nocnych. Bóg w drugim człowieku i radość z tego, że mogę się z kimś czymś podzielić – chociażby głupim batonikiem czy kawą. Obecność. Tak mi jakoś jest ostatnio dane rozmawiać z wieloma moimi znajomymi i słuchać ich historii życiowych – o dojrzewaniu, o trudnych relacjach z innymi ludźmi (także z rodzicami), także o doświadczeniach przełomowych. W życiu nie podejrzewałbym ich o dość pokręcone życiorysy. Pan Bóg jednak wszystko prostuje.

Parę rzeczy odkryłem w sobie. Niestety - co pewnie Ci którzy mnie znają, potwierdzą - w większości sytuacji nie mogę o sobie powiedzieć, że jestem świadectwem dla innych, solą ziemi i światłem świata. Zobaczyłem, jaki jest rozdźwięk między tym, co mówię (a staram się mówić mądrze) a tym, co czasami robię. Jest mi z tym źle, ale nauczyłem się po takich doświadczeniach swojej słabości i grzeszności nie wpadać w rozpacz, bo wtedy byłbym przegrany. Doświadczenie to tyleż bolesne i smutne, co oczyszczające. Moc w słabości się doskonali. Oby tak było. Cieszę się jednak, że z tymi paroma ludźmi mogłem podzielić się trochę swoją historią i doświadczeniami. Jeśli Duch zechce jakoś przez moje słowo uczynić w nich coś dobrego, to Amen – niech się tak stanie. Słabe narzędzie sobie wybrał Pan we mojej osobie, ale On wie, co robi.

Wytrwajcie we Mnie, a Ja będę trwał w wasi (J 15, 4). Dzisiejsza Ewangelia bezlitośnie o przynoszeniu owoców i wypełnianiu słów Jezusa. Panie, daj mi wytrwać i przynieść owoc obfity.